Nowy Rok! Nowy Ja!

Zaczęło się od banału (ale za to jakże popularnego, czego pierwsze dowody ujrzymy we wszelkiego rodzaju siłowniach, parkach i innych miejscach, gdzie można się wypocić i zadbać o swoją sylwetkę), a że mamy Nowy Rok, to postanowiłem się podzielić z Wami kilkoma osobistymi przemyśleniami w tym temacie.

Styczeń to także miesiąc, w którym gros z nas analizuje rok wcześniejszy i buduje plany na przyszłość. Chciałbym teraz zaprzeczyć i napisać, że to przysłowiowy „bullshit” i jest to przecież data jak każda inna, a na zmianę nie ma co czekać … terefere (kuku) . Tyle teorii, bo praktyka jest przecież zgoła inna i niech pierwszy rzuci kamień ten, kto nigdy nie miał postanowień noworocznych (jakiekolwiek by one nie były).

Strachu nie ma – dzielić się listą moich życzeń na nadchodzący okres nie będę (choć została zbudowana jeszcze w grudniu), a tylko o samej drodze do ich określenia słów kilka. Sam proces niestety nie był prosty (jeśli chcesz go przeprowadzić profesjonalnie). Lekcję proponuję odrobić każdemu żądnemu doznania tej „mitycznej” zmiany.

No to od początku.

Cel należało sobie przede wszystkim nazwać. Ale wiecie – tak konkretnie. Nie na zasadzie „schudnę” albo „będę szczęśliwszy”. To niezmiernie istotne, by właściwie i jak najdokładniej sobie owy kierunek zmian nazwać. Jak? Przytoczę np. mój cel z 2016 roku 🙂 „Zostanę pracownikiem działu HR do końca 2016 roku” – wiem, że można taki cel jeszcze bardziej doprecyzować i mam coś z 2017 roku – „do końca listopada przeprowadzę się do większego mieszkania (min. 55 m2) w dzielnicy Dębniki i nie będzie to parter” – o, tu bardziej doprecyzowałem i cel zrealizowałem. Brawo ja!

Tak jest ze wszystkimi celami – klucz to dokładne go nazwanie (im dokładniej, tym lepiej – taki cel jest bardziej widoczny i realny).

Nazwaliśmy sobie cel (super!). Ale skąd będziemy wiedzieli, że cel został osiągnięty? Ustalmy sobie parametr minimum, który powie nam, że osiągnęliśmy cel. Niech to będzie właśnie mieszkanie 55m2, a nie 70m2 (bo np. nie dysponujemy budżetem na takie). Chodzi o to, by móc sobie jednoznacznie odpowiedzieć na pytanie: osiągnąłem to, co chciałem, czy nie?

Każda zmiana generuje pozytywy i negatywy! Pogódźmy się z tym. Jeśli w pełni świadomie podejmujemy decyzję, że nasz cel jest na tyle atrakcyjny, że zaryzykujemy stratę w jakichś polach – ok! Lecz błagam… zastanówmy się nad tym, co stracimy, by się pewnego ranka z ręką w pełnym nocniku nie obudzić.

Obok konsekwencji warto zastanowić się nad realnością naszych planów. Po co? By niepotrzebnie nie tracić czasu, energii, zaangażowania – szczególnie jeśli i tak z góry skazujemy się na porażkę. Np. nie zmienisz pracy, jeśli nie zamierzasz jej poszukać i nie zrobisz studiów magisterskich w pół roku 🙂

Pół roku. No właśnie – czas. Czas mija nieubłaganie, ale przecież nasz cel nie jest osadzony w próżni, a w realnym czasie. Po nazwaniu celu określ, kiedy go zrealizujesz – za miesiąc, za dwa, za 2 lata – nic nas przecież nie motywuje tak, jak zbliżający się deadline 🙂 Każdy handlowiec to potwierdzi 🙂

Z tak przygotowanym celem powinno pójść łatwiej. Czy tak będzie? Cóż, to już zupełnie inna historia. Natomiast samo ćwiczenie z celami warto wykonać – nawet po to, by zobaczyć, co naprawdę jest dla nas ważne, co ważne nie jest (i możemy to poświęcić) jak i po to, by zastanowić się, dokąd idziemy, a dokąd iść chcemy…

Czasem zderzenie z samym sobą bywa bolesne, ale warto tę lekcję odrobić … przecież mamy Nowy Rok, a jak wiadomo – Nowy Rok! Nowy Ja! 🙂

Autor: Grzegorz Zgorzelski

 

Praca24 Opublikowane przez:

Bądź pierwszą osobą, która zostawi swój komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *